Blog > Komentarze do wpisu
Scenariusz

Czasem bywa tak, że życie okazuje się najlepszym scenariuszem filmowym. Siedząc przy biurku z długopisem w ręku nie potrafiłabym stworzyć aż takiej tragikomedii.

DZIEŃ - PORAŻKA


Akcja dzieje się nie tak dawno temu, może jeszcze w marcu, może już w kwietniu na uczelni. Ponieważ specyfika moich studiów nie ma chwilowo znaczenia zaznaczę, że mój rocznik do najliczniejszych nie należy, na ćwiczenia uczęszcza góra 6 osób, na wykładach zwykle pojawiają się 3 lub 4. Wbiegam na wydział nie dość, że spóźniona, to w dodatku nieprzygotowana (jak zwykle zresztą). M. czeka przed drzwiami:

M.: Bardzo się spieszysz?

Ja: Nie... niezbyt... czyżbyś w pokrętny sposób sugerowała wagary?

M.: Gdzież bym śmiała! To... dokąd się zmywamy?

W dość oddalonej kawiarence raczyłyśmy się lodami pi kawą przez godzinę, po czym padła propozycja szybkich odwiedzin u M., bo - jak zasugerowała - w jej domu spoczywają bezcenne skarby w postaci orzechów w miodzie. Wizyta była przelotna: zjadłyśmy, co było do zjedzenia, wypiłyśmy, co było do wypicia i w te pędy na wykład Boskiego S. Nie być na wykładzie Boskiego S. to grzech. Ba, nawet więcej niż grzech. Biegniemy więc. Żeby sobie nie przeszkadzać dodatkowymi kilogramami na plecach, zostawiłam u M. wszystkie zbędne rzeczy, a mimo to wbiegłam na uczelnię zdyszana... w ostatnim momencie uskakując przed wykładownicą, z której zajęć uciekłyśmy. M. stanęła jak zamurowana.

Ja: POSUŃ SIĘ!

M.: Ale o so choziiii...? (rzekła M. z tą szczególną miną wyrażającą mniej więcej tyle co 'nie wiem, o co ci chodzi, słonko, świat jest taki piękny' - słowem pusty wzrok szczęśliwego dziecka)

Pociągnęłam ją za sobą, jakoś wyminęłyśmy zagrożenie, wspinamy się na po schodach na Najwyższe Piętro, na Szczyt Najwyższej Wieży, aby nie spóźnić się bardziej od wykładowcy. Miałam z sobą notatki, ponieważ od dłuższego czasu obiecywałam sobie zaliczyć w końcu zeszłosemestralne zajęcia z Boskim. Nie spóźniłyśmy się, za to zmuszone byłyśmy czekać dobre 20 minut aż ten łaskawie się zjawi.

B.S.: Proszę państwa... (chwila ciszy, sprawdza czy prócz naszej dwójki ktoś jeszcze przyszedł na wykład - okazało się, że jesteśmy same) nie mogę dzisiaj wygłosić państwu wykładu... bo... muszę iść... i... miałem telefon... bo to bardzo ważne...

Patrzymy na niego jak na zjawę. Szkoda, że nie ma wykładu, dziwne, że się tłumaczy, jesteśmy zirytywane, bo niepotrzebnie biegłyśmy taki kawał.

Ja: A zaliczenie...?

B.S.: Może kiedy indziej?

Nie szło się nie zgodzić. M. uznała, że dzień należy skończyć chociaż w wielkim stylu i padł pomysł: 'a może by tak iść do kina?'. Poszłyśmy. W pierwszym odwiedzonym przez nas kinie nie leciało nic ciekawego. Właściwie z kilku filmów, jakie pojawiły się w repertuarze dwa, które uznałyśmy za interesujące, zobaczyłyśmy już jakiś czas temu, pozostałe nie rokowały nadziei na 'koniec dnia w wielkim stylu'. Decyzja...?

M.: To ja może... pójdę siusiu, potem pomyślę, bo... wiesz, że jak staram się myśleć o wielu rzeczach na raz, to mi nie wychodzi... A teraz myślę o siusiu.

Ręce opadają. Poszła. Wraca z wyrazem triumfu na twarzy.

M.: NA KRĘGLE! NA KRĘGLE CHODŹMY!

Jedyny problem w tym, że owo 'chodźmy' oznaczało kolejne kilometry do przebycia. Nic to, mamy czas. Idziemy. Takiej serii zaczepek ze strony pijaków, głupich rozmów oraz przypadkowych potrąceń ze strony przechodniów nie przeżyłyśmy chyba nigdy.

Ja: Słuchaj... myślisz, że te kręgle to dobry pomysł? Może sprawdzimy repertuar kina, które znajduje się w tym samym budynku, co kręgielnia, bo mam wrażenie, że dzisiaj zrobimy tymi kulami krzywdę albo sobie albo komuś z otoczenia. Wolałabym tego uniknąć...

M.: Chyba masz rację.

Podchodzimy do kasy i zastanawiamy się głośno, co można by zobaczyć. W oczy rzuciła nam się "Nostalgia anioła". Widziałyśmy trailer dawno, dawno temu, zapowiadało się ciekawie. W kasie otrzymałam niezwykle malowniczy świstek, który składał się z przypadkowo rozerwanej kartki połączonej zszywkami i spinaczami w coś, co przy odrobinie chęci przypominało bilet. Mogłam się domyślić, że to znak. Wróżba... lub coś w tym stylu. Po 2h seansu wyszłyśmy z sali z uczuciami opisującymi cały ten dzień: mieszanymi. Film był urokliwy, ale przewidujący, działał na uczucia, a jednak wydawał się naiwny. Nie byłyśmy w stanie określić jednoznacznie czy warto było się na niego wybrać czy nie. Wychodzimy z kina, przypomniałam sobie o połowie wyposażenia mojej torby, która spoczywa u M. Idziemy do niej. Kolejny maraton.

Wpadamy na znajomych, którzy nas nie poznają. Dla odmiany komplementują nas pijacy. Żyć, nie umierać. W dodatku zaczyna padać. Wzięłam notatki i czekam na tramwaj - M. poszła spotkać się z jedną z naszych wspólnych znajomych - D. Wsiadam. Tramwaj nie rusza.

Po jakiś 15 próbach, przy akompaniamencie wygłaszanej przez motorniczego  litanii o dźwięcznym refrenie brzmiącym mniej więcej "no, żesz... k... ruszaj... dziwkoooo... no, sprzęgło... sprzĘĘĘĘGŁO!" tramwaj ruszył. Prędkością zawrotną, oczywiście, kilka metrów na minutę. Na wzniesieniach tramwaj staczał się po torach i z rozpędu motorniczy próbował wjeżdżać pod górkę. Bywało nawet, że manewr ten powtarzał kilkukrotnie. W międzyczasie dzwoniła M., że nasza znajoma odwołała spotkanie i, że moknąc, wraca do domu. Ten dzień był tak pełen zaskakujących drobnych porażek, że z perspektywy czasu wydaje się wręcz nierealny.

sobota, 17 kwietnia 2010, morginess

Polecane wpisy